Synkretyzm po dwóch latach. O języku, który nie nadąża za myślą
Dwa lata temu środowisko polonistyczne żyło „sporem o synkretyzm”. Temat wypracowania na poziomie rozszerzonym wywołał nie tyle zdziwienie, ile niepokój. Czy maturzyści trafili w klucz? Czy przyjęli właściwe rozumienie pojęcia? Czy wolno im było mówić o łączeniu światopoglądów, skoro egzamin – jak sugerowano – oczekiwał analizy strukturalnej? Toteż w artykule prasowym padła sugestia, że temat był nieprecyzyjny, a odwołań może być więcej.
Dziś, gdy zbliża się kolejna sesja egzaminacyjna, warto powrócić do tamtej sytuacji już bez emocji. Nie po to, by rozstrzygać, kto miał rację, lecz by zapytać o coś ważniejszego: dlaczego jedno pojęcie stało się tak wrażliwym punktem systemu?
Spór o synkretyzm nie był bowiem sporem o definicję. Był sporem o język
W sprawozdaniu z egzaminu maturalnego z 2024 roku w części poświęconej poziomowi rozszerzonemu czytamy, że w kryterium „Zakres i poprawność środków językowych” poziom wykonania wyniósł zaledwie 22%. To liczba, która powinna zatrzymać nas na dłużej. Nie mówi przecież o nieznajomości lektur, nie mówi nawet o braku pomysłów interpretacyjnych. Mówi o trudnościach językowych — o braku precyzji, o błędach stylistycznych i składniowych, o niejednoznaczności wypowiedzi.
Sprawozdanie z 2025 roku nie przynosi, niestety, przełomu. W części dotyczącej kształcenia językowego nadal wskazuje się na problemy z interpunkcją, fleksją i operowaniem językiem analitycznym. W zadaniach wymagających interpretacji metafory czy rozpoznania groteski uczniowie często poprzestają na streszczeniu albo na ogólniku.
Słowo zostaje wypowiedziane, ale nie zostaje wypełnione treścią.
Dotykamy istoty rzeczy
Pojęcia teoretycznoliterackie – synkretyzm, groteska, konwencja, ironia – nie należą do języka pierwszego stopnia. Nie opisują tego, „co się dzieje” w utworze. Opisują sposób, w jaki utwór jest zbudowany. Wymagają myślenia relacyjnego, operowania kategoriami, dostrzegania zależności między formą a sensem. Aby nimi się posługiwać, trzeba mieć do dyspozycji język abstrakcyjny, precyzyjny, zdolny unieść niuans.
Jeżeli uczeń pisze: „Synkretyzm wzbogaca utwór”, nie popełnia błędu. Ale nie wykonuje też pracy analitycznej. To zdanie nie otwiera interpretacji. Ono ją zamyka. Zamiast bowiem pokazać, w jaki sposób połączenie form poszerza perspektywę sensu, zatrzymuje się na bezpiecznym ogólniku.
W moich analizach języka maturzystów wielokrotnie wskazywałam na zjawisko ograniczonego kodu językowego. Młodzież funkcjonuje dziś w świecie komunikacji skrótowej, uproszczonej, zdominowanej przez język potoczny i internetowy. Szkoła wymaga natomiast języka oficjalnego, logicznie uporządkowanego, zróżnicowanego stylistycznie. Przejście między tymi dwoma kodami nie dokonuje się automatycznie. Wymaga treningu.
Sygnał ostrzegawczy
Spór o synkretyzm był więc sygnałem ostrzegawczym. Nie chodziło przecież o to, czy należało przyjąć definicję wąską czy szeroką. Chodziło natopmiast o to, czy uczniowie potrafią pojęciem operować. Czy potrafią przejść od nazwy do funkcji, od definicji do argumentu.
Z doświadczenia wiem, że sama znajomość definicji nie rozwiązuje problemu. Uczeń może wyrecytować, czym jest synkretyzm rodzajowy, a mimo to nie potrafić wykazać, jak w „Dziadach” połączenie liryki i dramatu wpływa na metafizyczny wymiar dzieła. Może znać definicję groteski, a jednocześnie nie umieć pokazać, dlaczego zdeformowany obraz rzeczywistości wzmacnia diagnozę społeczną.
Ze wsparciem
Dlatego w swojej pracy dydaktycznej i popularyzatorskiej coraz większy nacisk kładę na dwutorowość: równoczesne kształcenie analizy i języka. Z tej potrzeby powstały dwa słowniczki – Słowniczek terminów literackich z kontekstami oraz Słowniczek motywów literackich z kontekstami. Nie są one zbiorem encyklopedycznych definicji. Każde hasło prowadzi od wyjaśnienia pojęcia do jego zastosowania w konkretnych tekstach. Pokazuje, jak termin przechodzi w zdanie interpretacyjne, jak staje się częścią argumentu.
Słowniczek terminów porządkuje język formy, zaś Słowniczek motywów porządkuje język problemu. Dopiero ich połączenie tworzy spójną mapę – taką, która pozwala uczniowi zrozumieć, że pojęcie nie jest ozdobą, lecz narzędziem.
Podobną myśl rozwijałam w poradniku „Odpowiednie dać rzeczy słowo”. Tytuł nie jest przypadkowy. Dojrzałość humanistyczna zaczyna się tam, gdzie myśl znajduje adekwatne słowo. Bez precyzyjnego języka nawet trafna intuicja interpretacyjna pozostaje niewidoczna.
Bo bez języka…
Zbliżająca się sesja egzaminacyjna znów postawi maturzystów wobec konieczności użycia pojęć. Zapewne nie będzie to synkretyzm. Być może konwencja, ironia, tragizm. Ale pytanie pozostanie to samo: czy słowa niosą określoną treść, czy też są jedynie etykietami?
Spór sprzed dwóch lat warto odczytać jako lekcję. Nie o CKE, nie o kluczu oceniania, lecz o kondycji języka szkolnego. Jeżeli chcemy, by młodzi ludzie nie potykali się o własną polszczyznę, musimy dać im nie tylko wiedzę o literaturze, ale język zdolny tę wiedzę wyrazić.
Bo bez języka nie ma interpretacji.
A bez interpretacji – nie ma sensu egzamin w obecnej formule.

