Odpowiedź na artykuł Dariusza Chętkowskiego

https://www.polityka.pl/

Szanowny Panie Redaktorze

Czytałam Pana artykuły systematycznie. Nieczęsto mi się zdarza w pełni z nimi zgadzać. Częściej mam wrażenie, że znamy jakieś dwie zupełnie inne rzeczywistości pracy polonisty. Do tej pory, wstrzymywałam się z publicznym komentowaniem Pana wypowiedzi. Ale dziś doprowadził mnie Pan do białej gorączki.

Właśnie wróciłam ze sprawdzania rozszerzonego polskiego. (O tym, co sądzę o arkuszach i zasadach oceniania oraz o innych swoich refleksjach, napiszę niebawem.) Dla odpoczynku i relaksu postanowiłam posłuchać Polityki (bo czytania na dziś mam dość). Jak zwykle zaczęłam od spraw oświaty. To mój świat. Wysłuchałam do końca Pańskiego artykułu z niejakim trudem. Wszystko we mnie się burzy.

Ma Pan zapewne sporo racji, pisząc o złych warunkach sprawdzania. Nie wiem, czy dożyję takiego dnia, kiedy zaczną to być warunki znośne… Natomiast wnioski, jakie Pan wyciąga, dotykają mnie osobiście i bardzo mnie krzywdzą.

Raczył Pan napisać:

Arkusze maturalne najczęściej oceniają czynni nauczyciele (emerytowanych egzaminatorów jest niewielu). 

W tej pracy nie ma miejsca na refleksję czy zdrowy rozsądek. Egzaminatorzy uczą się sprawdzania mechanicznego, szybkiego, według wytycznych. Dla CKE nie są specjalistami w zakresie nauczanego przedmiotu, lecz bezrozumnymi maszynami. […]

Należę do tej nielicznej grupy emerytów, więc nie wszystko, co zechciał Pan opublikować, mnie dotyczy. Czytajmy jednak dalej:

Ta praca to dla nich fucha. Przyda się dodatkowy zastrzyk gotówki na wakacje.

Pracują przez dwa lub trzy weekendy (zależy od przedmiotu), najczęściej po 10–12 godzin.

W tak zwaną Nową Maturę jestem zaangażowana od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Byłam wśród tych, którzy prowadzili pilotaż. Szybko zdobyłam uprawnienia egzaminatora i sprawdzam nieprzewanie od 2000 roku. Sprawdzałam i pracowałam. Nie zdarzyło mi się zaniedbać obowiązków z powodu zmęczenia po wykonywaniu pracy egzaminatora!

A teraz to, co mnie najbardziej obraża:

W tej pracy nie ma miejsca na refleksję czy zdrowy rozsądek. Egzaminatorzy uczą się sprawdzania mechanicznego, szybkiego, według wytycznych. Dla CKE nie są specjalistami w zakresie nauczanego przedmiotu, lecz bezrozumnymi maszynami. […]

Cztery wypracowania na godzinę

Egzaminatorzy, którzy sprawdzają wypracowania z języka polskiego, sami nie mogą uwierzyć, jak wiele tekstów ocenili w jeden weekend. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy się nie podąża za tokiem myślenia autora rozprawki, lecz jedynie punktuje znaczące miejsca w tekście, np. tezę, argument i kontekst interpretacyjny. Ocenianie ukierunkowane można zakończyć już po 15 minutach. Nauczyciele uczą się tak sprawdzać, aby skupiać się na istotnych fragmentach tekstu, a całości w ogóle nie czytać ze zrozumieniem. Dlatego biją rekordy w szybkości oceniania.

Typowe wypracowanie szkolne polonista sprawdza średnio przez 45 minut, a jako egzaminator robi to trzy razy szybciej, bo szuka tylko wysepek sensu w morzu słów. Ocenia te wyrazy, za które można przyznać lub odebrać punkty. To właściwie parodia oceniania. Ale gdyby egzaminator czytał całość, nie dałby rady sprawdzić 60–70 wypracowań maturalnych w dwa dni.

Nauczyciel polskiego jest w stanie ocenić ok. 10 uczniowskich wypracowań dziennie, potem jego umysł wariuje, praca staje się bezproduktywna. Natomiast jako egzaminator ocenia trzy–cztery razy tyle (30–35 wypracowań przez 12 godzin).

Wystarczy, że egzaminator zauważy „zalążek poprawnej odpowiedzi”, a już przyznaje punkty. Jeżeli maturzysta otarł się o poprawną odpowiedź, a mówiąc językiem futbolu, zaledwie przymierzył się do strzału na bramkę, sędzia uznaje, że padł gol.[…]

Żeby egzaminator miał prawo stosować zasadę oceniania na korzyść maturzysty, musiałby przeczytać jego wypowiedź od początku do końca, a potem po raz drugi, a nawet trzeci, żeby się upewnić, że nic nie zostało pominięte. W ocenianiu nauczycielskim trzykrotne czytanie to norma (tak się robi zawsze, gdy wypowiedź nie jest oczywista). Natomiast w ocenianiu egzaminacyjnym to luksus, na który nie można sobie pozwolić.

Dlaczego czuję się przez Pana obrażona? Wypunktuję, żeby ułatwić dotarcie do sedna (jeśli zna Pan metodę szkania wysepek sensu):

1. W pracy egzaminatora ZACHOWUJĘ zdrowy rozsądek.

2. Nigdy nie uczyłam się i do tej pory nie nauczyłam się sprawdzania mechanicznego, szybkiego.

3. Sprawdzam nie według wytycznych, tylko według zasad oceniania. Dlaczego? Dlatego, że po to one są, aby je STOSOWANO. Inaczej nie ma żadnych szans na porównywalność wyników i zwykłą sprawiedliwość.

4. Nie należę do tych (jeśli tacy są, to źle), którzy sprawdzają wypracowania z języka polskiego, sami nie mogą uwierzyć, jak wiele tekstów ocenili w jeden weekend. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy się nie podąża za tokiem myślenia autora rozprawki, lecz jedynie punktuje znaczące miejsca w tekście, np. tezę, argument i kontekst interpretacyjny. Zawsze podążam za myślą ucznia. Zdarza mi się czytać pracę trzy, a nawet cztery razy. Dwukrotne czytanie wypracowania to obowiązek egzaminatora. Nieraz bywało, że nad jedną pracą przesiedziałam godzinę, a czasem więcej. Nie przeczę, że bywają też prace, które czyta się szybko i z przyjemnością i które nie wymagają rozstrzygania, czy uznać argument za w pełni czy częściowo funkcjonalny, czy argumentacja jest pełna, zadowalająca czy tylko powierzchowna. Takie prace sprawdza się rzeczywiście w 15 – 20 minut, przy uważnym, dwukrotnym czytaniu. Nota bene Pańska wypowiedź świadczy raczej o nieaktualnej wiedzy w zakresie oceniania wypracowania z polskiego…

5. Proszę nie rzucać kalumni: Nauczyciele uczą się tak sprawdzać, aby skupiać się na istotnych fragmentach tekstu, a całości w ogóle nie czytać ze zrozumieniem. Dlatego biją rekordy w szybkości oceniania. NIGDY czegoś podobnego się nie uczyłam i nigdy takiej praktyki nie stosowałam! To byłoby zwyczajnie nieuczciwe! Nie zasługuję na podobne pomówienia.

6. To zdanie: Ocenia te wyrazy, za które można przyznać lub odebrać punkty. To właściwie parodia oceniania. Ale gdyby egzaminator czytał całość, nie dałby rady sprawdzić 60–70 wypracowań maturalnych w dwa dni, trzeba by poprzeć dowodami. Od lat sprawdzam i nigdy nie zdarzyło mi się skończyć poziomu podstawowego w jeden weekend. Poziom rozszerzony, rzeczywiście, sprawdza się zwykle 3 dni. Nie wiem, skąd ma Pan te rewelacje, ale ani w OKE Łomża (do 2018 roku) ani w OKE Gdańsk (od 2019 roku) – takich sytuacji nie widziałam. Może więc Pan przeprosi?

7. Odpowiedzialność za słowo nie zatrzymała Pana przed napisaniem tych słów: Wystarczy, że egzaminator zauważy „zalążek poprawnej odpowiedzi”, a już przyznaje punkty. Jeżeli maturzysta otarł się o poprawną odpowiedź, a mówiąc językiem futbolu, zaledwie przymierzył się do strzału na bramkę, sędzia uznaje, że padł gol?! Wydaje mi się, że żeby coś takiego publicznie mówić, trzeba by mieć dowody. Nie wiem, monitoring…?

8. I ostatnie sprawa. Prowadził Pan badania społeczne uprawniające do takich wniosków: Żeby egzaminator miał prawo stosować zasadę oceniania na korzyść maturzysty, musiałby przeczytać jego wypowiedź od początku do końca, a potem po raz drugi, a nawet trzeci, żeby się upewnić, że nic nie zostało pominięte. W ocenianiu nauczycielskim trzykrotne czytanie to norma (tak się robi zawsze, gdy wypowiedź nie jest oczywista). Natomiast w ocenianiu egzaminacyjnym to luksus, na który nie można sobie pozwolić? Sugeruje Pan tu, że nie czytamy ze zrozumieniem? Czy też, że jesteśmy tak nieodpowiedzialni, że “tylko odwalamy fuchę”

Oj, Panie Redaktorze, czy aby Pański artykuł nie jest fuszerką?

Stracona przez Pana czytelniczka “Polityki”.

Udostępnij

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *