Jak naprawdę wygląda sprawdzanie matury z polskiego? Odpowiedź na artykuł Dariusza Chętkowskiego
Dlaczego zabieram głos
Szanowny Panie Redaktorze,
Czytałam Pana artykuły systematycznie. Nieczęsto zdarzało mi się w pełni z nimi zgadzać. Częściej miałam wrażenie, że znamy dwie zupełnie różne rzeczywistości pracy polonisty. Do tej pory powstrzymywałam się od publicznego komentowania Pana wypowiedzi. Tym razem jednak doprowadził mnie Pan do białej gorączki.
Właśnie wróciłam ze sprawdzania matury rozszerzonej z języka polskiego. O tym, co sądzę o arkuszach, zasadach oceniania i całym systemie, napiszę osobno. Dla chwili odpoczynku postanowiłam posłuchać „Polityki”. Jak zwykle zaczęłam od spraw oświaty. To mój świat. Wysłuchałam Pańskiego artykułu z dużym trudem, bo wszystko we mnie się burzyło.
Ma Pan zapewne sporo racji, kiedy pisze Pan o złych warunkach sprawdzania. Nie wiem, czy dożyję dnia, w którym staną się one choćby znośne. Jednak wnioski, które Pan z tych warunków wyciąga, dotykają mnie osobiście i po prostu mnie krzywdzą.
Co w tym artykule budzi mój sprzeciw
Napisał Pan między innymi, że arkusze maturalne najczęściej oceniają czynni nauczyciele, a dla wielu z nich jest to po prostu dodatkowa praca na wakacje. Poszedł Pan jednak dalej i zasugerował, że egzaminatorzy działają mechanicznie, bez refleksji, bez zdrowego rozsądku i bez rzeczywistego czytania ze zrozumieniem.
Raczył Pan napisać:
Arkusze maturalne najczęściej oceniają czynni nauczyciele (emerytowanych egzaminatorów jest niewielu).
W tej pracy nie ma miejsca na refleksję czy zdrowy rozsądek. Egzaminatorzy uczą się sprawdzania mechanicznego, szybkiego, według wytycznych. Dla CKE nie są specjalistami w zakresie nauczanego przedmiotu, lecz bezrozumnymi maszynami. […]
Ta praca to dla nich fucha. Przyda się dodatkowy zastrzyk gotówki na wakacje. Pracują przez dwa lub trzy weekendy (zależy od przedmiotu), najczęściej po 10–12 godzin.
A teraz to, co mnie najbardziej obraża:
W tej pracy nie ma miejsca na refleksję czy zdrowy rozsądek. Egzaminatorzy uczą się sprawdzania mechanicznego, szybkiego, według wytycznych. Dla CKE nie są specjalistami w zakresie nauczanego przedmiotu, lecz bezrozumnymi maszynami. […]
Cztery wypracowania na godzinę
Egzaminatorzy, którzy sprawdzają wypracowania z języka polskiego, sami nie mogą uwierzyć, jak wiele tekstów ocenili w jeden weekend. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy się nie podąża za tokiem myślenia autora rozprawki, lecz jedynie punktuje znaczące miejsca w tekście, np. tezę, argument i kontekst interpretacyjny.
Ocenianie ukierunkowane można zakończyć już po 15 minutach. Nauczyciele uczą się tak sprawdzać, aby skupiać się na istotnych fragmentach tekstu, a całości w ogóle nie czytać ze zrozumieniem. Dlatego biją rekordy w szybkości oceniania.
Typowe wypracowanie szkolne polonista sprawdza średnio przez 45 minut, a jako egzaminator robi to trzy razy szybciej, bo szuka tylko wysepek sensu w morzu słów.
Ocenia te wyrazy, za które można przyznać lub odebrać punkty. To właściwie parodia oceniania. Ale gdyby egzaminator czytał całość, nie dałby rady sprawdzić 60–70 wypracowań maturalnych w dwa dni.
Nauczyciel polskiego jest w stanie ocenić ok. 10 uczniowskich wypracowań dziennie, potem jego umysł wariuje, praca staje się bezproduktywna. Natomiast jako egzaminator ocenia trzy–cztery razy tyle (30–35 wypracowań przez 12 godzin).
Wystarczy, że egzaminator zauważy „zalążek poprawnej odpowiedzi”, a już przyznaje punkty. Jeżeli maturzysta otarł się o poprawną odpowiedź, a mówiąc językiem futbolu, zaledwie przymierzył się do strzału na bramkę, sędzia uznaje, że padł gol.[…]
Żeby egzaminator miał prawo stosować zasadę oceniania na korzyść maturzysty, musiałby przeczytać jego wypowiedź od początku do końca, a potem po raz drugi, a nawet trzeci, żeby się upewnić, że nic nie zostało pominięte. W ocenianiu nauczycielskim trzykrotne czytanie to norma (tak się robi zawsze, gdy wypowiedź nie jest oczywista). Natomiast w ocenianiu egzaminacyjnym to luksus, na który nie można sobie pozwolić.
To właśnie ten obraz uważam za głęboko niesprawiedliwy.
Moje doświadczenie egzaminatorskie
W tak zwaną Nową Maturę jestem zaangażowana od lat dziewięćdziesiątych. Brałam udział w pilotażu, zdobyłam uprawnienia egzaminatora i sprawdzam prace nieprzerwanie od 2000 roku. Przez te wszystkie lata jednocześnie pracowałam jako nauczycielka i egzaminatorka. Nigdy nie zdarzyło mi się zaniedbać obowiązków zawodowych z powodu pracy przy egzaminach.
Nie piszę więc z pozycji obserwatorki. Piszę jako osoba, która ten system współtworzyła i od lat zna go od środka.
Jak naprawdę wygląda sprawdzanie matury z polskiego z mojej perspektywy
Najbardziej obraża mnie sugestia, że egzaminatorzy nie kierują się rozsądkiem ani nie czytają prac ze zrozumieniem. W moim doświadczeniu wygląda to inaczej.
W pracy egzaminatora zachowuję zdrowy rozsądek.
Nigdy nie nauczyłam się sprawdzania mechanicznego i szybkiego w tym sensie, w jakim Pan to opisuje.
Nie sprawdzam „według wytycznych”, ale według zasad oceniania. To zasadnicza różnica. Zasady istnieją po to, by je stosować, bo tylko wtedy można mówić o porównywalności wyników i elementarnej sprawiedliwości wobec maturzystów.
Czy egzaminatorzy czytają tylko „wysepki sensu”
Sugeruje Pan, że sprawdzanie polega na wychwytywaniu kilku słów kluczowych, takich jak teza, argument czy kontekst, bez rzeczywistego podążania za tokiem myślenia ucznia. Z mojej praktyki wynika coś zupełnie innego.
Zawsze podążam za myślą ucznia. Zdarza mi się czytać pracę trzy, a nawet cztery razy. Dwukrotne czytanie wypracowania to obowiązek egzaminatora. Bywa, że nad jedną pracą spędzam godzinę albo dłużej. Oczywiście są też rozprawki jasne, dobrze napisane, niewymagające rozstrzygania wątpliwości. Takie rzeczywiście można sprawdzić w 15–20 minut. Ale nawet wtedy nie oznacza to pracy bezmyślnej.
Pańska wypowiedź sprawia raczej wrażenie opartej na nieaktualnej wiedzy o ocenianiu wypracowań z języka polskiego.
Odpowiedź na najcięższe zarzuty
Nie zgadzam się z sugestią, że nauczyciele uczą się sprawdzać tak, by skupiać się wyłącznie na fragmentach tekstu i nie czytać całości ze zrozumieniem. Nigdy czegoś takiego się nie uczyłam i nigdy tak nie pracowałam. Byłoby to zwyczajnie nieuczciwe.
Nie zgadzam się także z twierdzeniem, że egzaminator przyznaje punkty już za sam „zalążek poprawnej odpowiedzi”, jakby ocenianie było farsą albo parodią rzetelności. Takie oskarżenie wymagałoby dowodów.
Podobnie jest ze zdaniem, że egzaminatorzy nie mogą sobie pozwolić na dokładne czytanie, a ocenianie na korzyść maturzysty jest w praktyce luksusem. Czy to znaczy, że nie czytamy ze zrozumieniem? Czy że wykonujemy tę pracę niedbale? To bardzo poważne insynuacje.
Odpowiedzialność za słowo
Jeśli publicznie stawia się tak mocne tezy o środowisku egzaminatorów, trzeba je oprzeć na faktach, a nie na efektownych uogólnieniach. Od lat sprawdzam matury i nigdy nie spotkałam się z rzeczywistością, którą Pan opisał w tak jednoznaczny sposób.
Dlatego pytam wprost: skąd te wnioski? Na jakich danych, obserwacjach albo badaniach są oparte? I czy nie należałoby po prostu przeprosić tych egzaminatorów, których Pan tym tekstem skrzywdził?
Mój wniosek
Można krytykować system egzaminacyjny. Sama mam wobec niego wiele zastrzeżeń. Ale nie wolno przy tej okazji odmawiać egzaminatorom profesjonalizmu, uczciwości i odpowiedzialności bez przedstawienia dowodów.
Oj, Panie Redaktorze, czy aby Pański artykuł nie jest właśnie fuszerką?
Stracona przez Pana czytelniczka „Polityki”






Dzień dobry. W pełni zgadzam się z tym, co Pani napisała.
Mam wrażenie, że problemem nie jest sama krytyka systemu egzaminacyjnego, bo ten rzeczywiście ma wiele wad i wymaga zmian. Problem pojawia się wtedy, gdy na podstawie własnych przypuszczeń lub pojedynczych obserwacji formułuje się bardzo daleko idące oceny dotyczące całego środowiska egzaminatorów.
Po lekturze Pani tekstu utwierdziłem się w przekonaniu, że obraz przedstawiony przez „politykę” jest raczej obrazem tego, jak jego autorowi wydaje się, że wygląda praca egzaminatora, niż tego, jak wygląda ona w rzeczywistości. W artykule nie widać odwołania do konkretnych badań, danych czy doświadczeń większej grupy egzaminatorów, za to pojawia się wiele kategorycznych sądów, które łatwo brzmią efektownie, ale trudno je uznać za prawdziwe.
Szczególnie nieprzekonujące są dla mnie tezy o „bezrefleksyjnym” sprawdzaniu, nieczytaniu prac ze zrozumieniem czy przyznawaniu punktów za sam „zalążek odpowiedzi”. To bardzo poważne zarzuty, a Pani wieloletnie doświadczenie pokazuje, że rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. Trudno też nie odnieść wrażenia, że w artykule zabrakło perspektywy osób, które faktycznie od lat wykonują tę pracę.
Dlatego uważam, że Pani pytanie o źródła tych wniosków jest całkowicie zasadne. Jeżeli publicznie przypisuje się egzaminatorom brak profesjonalizmu, zdrowego rozsądku czy rzetelności, to powinno się przedstawić konkretne dowody. W przeciwnym razie pozostajemy w sferze opinii i wyobrażeń autora, a nie opisu rzeczywistości.
Pani tekst jest rzeczowy, oparty na doświadczeniu i pokazuje, że można krytykować system, nie deprecjonując ludzi, którzy w nim pracują. I właśnie tego zabrakło mi w artykule polityka. To oczywiście tylko moja subiektywna ocena. Artur Szymanek
Przestałam już jakiś czas temu czytać artykuły Pana Chętkowskiego. Nie akceptuję budowania przez nauczycieli swojej marki poprzez krytykanckie (w dodatku niepoparte faktami) populistyczne piśmiennictwo. Chcąc – jako nauczyciel lub nauczycielka – zdobyć poczytność, sławę czy choćby poklask, pokażmy, co wartościowego my robimy (lub robią nasi koledzy i nasze koleżanki), a nie wylewajmy wiadro pomyj na innych, nie mając ku temu dostatecznej wiedzy ani jakichkolwiek kompetencji. Zatem krótko: wspomnianemu Panu Ch. zasięgów podbijać nie będę.
Pan Chętkowski nie jest czynnym egzaminatorem i nic nie wie o sprawdzaniu. Jako nauczyciel może tak sprawdza, jak pisze. Plucie na innych to jego sposób na życie. „Polityka”, współpracując z nim staje się szmatławcem.
Pani Radosławo,
Cóż, oczywiście ma Pani rację. Od lat modne jest uderzanie w nauczycieli i egzaminatorów, bo większość z czytelników ma dzieci w wieku szkolnym i takie podejście może liczyć na przychylność. Dzieci są zawsze niewinne… Szkoda, że w artykule pana Chętkowskiego zabrakło podstawowych informacji. Skąd czerpał swoją wiedzę? Czy był kiedyś egzaminatorem? Czy był kiedyś nauczycielem? Czy zna jakieś badania, które by potwierdzały jego tezy? Niestety, gorzko to przyznać, ale elementarz pracy dziennikarskiej został już dość dawno zapomniany. Liczy się jedynie „klikalność”. A fakty? Jeżeli nie pasują do tezy, tym gorzej dla faktów.
Pani Radosławo, bardzo Pani dziękuję za odpowiedź na artykuł w Polityce. Dziękuję za głos rozsądku i przybliżenie autorowi na czym polega rzetelność pracy nauczyciela. Pozdrawiam serdecznie.
Pod koniec roku szkolnego nauczyciele i edukacja to rytualny chłopiec do bicia. A media są zaśmiecane krótkimi a przez to płytkimi komentarzami i analizami. Tu nie szuka się przyczyny, nie analizuje, tylko wydaje populistyczne, krótkie opinie. Tak jest i z tą opinią o sprawdzających prace. Uliczna teza, formułowana dobitnie nawet bez próby zgłębienia tematu, zweryfikowania. Tylko powierzchowne, stereotypowe, uliczne opinie. Dziennikarstwo w Polsce leży i kwiczy. Łatwość wypisywania ogólnikowych tez, by się przypodobać gawiedzi. A pod koniec roku szkolnego najłatwiej narzekać na nauczycieli i szkołę. Tak jest już od wielu lat. Dobrze, że Pani polemizuje i pokazuje zupełnie inne odczucia. Szkoda, że nie przebije do szerszej dyskusji…