Twórcy wolno zrobić wszystko. Widz może wszystko oceniać
Moja recenzja „Lalki” Pawła Maślony
Dariusza Martynowicza cenię od dawna. Jako polonistę, który dzieli się swoim doświadczeniem, szkoli nauczycieli, inspiruje do myślenia o literaturze inaczej niż przez pryzmat odpytywania z treści. Z wieloma jego diagnozami dotyczącymi szkolnej polonistyki się zgadzam. Wierzę też, że jego zaangażowanie w budowanie nowego kształtu edukacji polonistycznej przyniesie dobre efekty.
Może właśnie dlatego jego entuzjastyczna recenzja „Lalki” Pawła Maślony tak mnie zainteresowała.
Darek pisze, że w całej tej „narodowej histerii” zapominamy o rzeczy podstawowej: twórcy wolno wszystko.
Zgoda.
Twórcy wolno wszystko.
Wolno zmienić fabułę. Wolno przepisać bohaterów. Wolno pozbawić Wokulskiego idealizmu, uczynić Rzeckiego postacią dalece inną od tej, którą znamy z powieści, dopisać Izabeli nowe pragnienia, wprowadzić narkotyki, seks, przekleństwa, przemoc, groteskę, Tarantina, Smarzowskiego i XXI wiek w XIX-wiecznych dekoracjach.
Wolno nawet wysadzić Prusa w powietrze.
Ale widzowi również wolno wszystko oceniać.
I chyba właśnie w tym miejscu zaczyna się moja rozmowa z Darkiem.
Nie interesuje mnie obrona „narodowej świętości”. Prus nie potrzebuje strażnika z rózgą pilnującego, żeby Wokulski zawsze mówił tym samym zdaniem, Rzecki miał te same zasłony, a Izabela chodziła dokładnie tymi samymi ulicami.
Nie potrzebuję kolejnej grzecznej ekranizacji.
Nie przeszkadza mi, że Maślona zmienia.
Pytam tylko: co daje w zamian?
Bo wolność twórcza jest prawem. Nie jest jeszcze argumentem za artystyczną wartością wszystkich dokonanych wyborów.
Darek sam zresztą dopowiada ważny warunek: twórcy wolno wszystko, jeśli jest to umotywowane wizualnie, ideowo albo koncepcyjnie.
No właśnie.
Nie każda dekonstrukcja pogłębia
Mam wrażenie, że spór o serial zbyt szybko został ustawiony pomiędzy tymi, którzy chcą chronić Prusa przed „bezczeszczeniem”, a tymi, którzy potrafią przyjąć odważną, współczesną reinterpretację.
Taki podział bardzo ułatwia dyskusję.
Tyle że ja się w nim nie mieszczę.
Nie protestuję przeciwko dekonstrukcji „Lalki”. Protestuję tam, gdzie dekonstrukcja prowadzi do uproszczenia.
Prusowscy bohaterowie są interesujący właśnie dlatego, że nie pozwalają się zamknąć w jednej formule.
Wokulski: odbrązowienie czy uproszczenie?
Wokulski bywa brutalny i czuły. Wyrachowany i bezinteresowny. Jest kapitalistą i romantykiem, człowiekiem nauki i człowiekiem obsesji. Umie prowadzić interesy, manipulować rzeczywistością, kupować sobie dostęp do świata Izabeli, a zarazem reaguje na ludzką biedę, pomaga, marzy o nauce, potrafi zdobyć się na wielkoduszność.
U Maślony znacznie mocniej zostają wyostrzone cwaniactwo, agresja, ambicja, potrzeba awansu i posiadania.
Można powiedzieć: odbrązowienie.
Ja pytam: czy odbrązowienie zawsze oznacza pogłębienie?
Bo czasem wystarczy zdjąć kilka warstw, żeby pod spodem nie odkryć głębi, lecz postać prostszą. Lubię skomplikowanego Wokulskiego Prusa, nie lubię uproszczonego, chamskiego Wokulskiego Maślony. Wolno mi.
Rzecki: kiedy wyostrzenie zmienia człowieka
Podobnie z Rzeckim.
Nie mam zamiaru tworzyć z niego aseksualnego, świętego staruszka. Prusowski Rzecki potrafi być rubaszny, interesują go kobiety, zdarza mu się wypić więcej, niż powinien.
Tylko że obok tego jest też człowiekiem samotnym, wiernym, dyskretnym, naiwnym politycznie, zanurzonym w historii, przywiązanym do dawnych ideałów, zdolnym do bezinteresownej przyjaźni i ogromnej lojalności.
U Prusa jego śmieszność nie odbiera mu godności.
U Maślony na pierwszy plan wychodzą ordynarność, alkohol, seksualność, dosadność.
I znów: wolno. Maślonie wolno widzieć w Rzeckim – właściwie nawet nie wiem kogo – a mnie wolno traktować Rzeckiego Prusa z pobłażliwą sympatią i dostawać dreszczy obrzydzenia w kontakcie z Rzeckim Maślony.
Ale czy dzięki zabiegom Pawła Maślony widzimy więcej?
Mam tu wrażenie działania bardzo prostego mechanizmu: redukcji przez wyostrzenie.
Bierzemy cechę naprawdę obecną u Prusa, powiększamy ją tak bardzo, że zaczyna zasłaniać pozostałe.
Ambicja Wokulskiego staje się cwaniactwem i parciem na awans.
Rubaszność Rzeckiego – ordynarnością.
Stanowczość i ironia Zasławskiej – kostycznością.
Dekadencja arystokracji – degeneracją.
To nie są cechy zmyślone. Problem polega na zmianie proporcji.
I proporcje w psychologii postaci znaczą bardzo wiele.
Prezesowa Zasławska – i pytanie o półtony
Szczególnie boli mnie prezesowa Zasławska.
Prus daje nam kobietę, która należy do arystokracji, a jednocześnie potrafi wyjść poza prosty schemat własnej klasy. Jest ostra, ironiczna, praktyczna, ale zarazem mądra, ciepła i naznaczona własnym doświadczeniem niespełnionej miłości. Rozumie Wokulskiego także dlatego, że wie, ile może kosztować człowieka bariera społeczna.
To postać, która komplikuje prostą diagnozę arystokracji.
U Maślony znacznie mocniej widzę kostyczną strażniczkę starego porządku.
I właśnie tutaj formułuję poważne zastrzeżenie, że serial traci to, co u Prusa najcenniejsze: półtony.
Prus bardzo rzadko pozwala nam długo czuć się komfortowo z własnym sądem.
Kiedy zaczynamy podziwiać Wokulskiego – pokazuje jego małość.
Kiedy chcemy ostatecznie potępić Izabelę – przypomina o świecie, który ją stworzył.
Kiedy śmiejemy się z Rzeckiego – odsłania jego samotność.
Kiedy wydaje się, że już wiemy, co mamy sądzić o arystokracji – stawia przed nami Zasławską albo Ochockiego.
Prus komplikuje własne diagnozy.
Maślona znacznie częściej je wyostrza, ale i niemiłosiernie spłyca.
Źle się czuję w czarno-białym świecie, a jeszcze gorzej w czarnym. Reżyser często nie dostrzega w ludziach dobra i piękna. Tymi cechami obdarza bohaterki i bohaterów drugoplanowych: Orzeszkową, lekarkę czy chłopca, który ostatecznie oczyszcza Wokulskiego z podejrzeń. Czy to nie za mało? Czy naprawdę żyjemy w świecie, z którego zniknęły uczciwość, empatia, przyzwoitość?
Jeśli naprawdę tak wygląda świat Maślony, mnie w nim po prostu brakuje człowieka.
„Izabela jest wreszcie sobą”
Darek pisze o Izabeli, że jest „wreszcie cholernie sobą”.
To zdanie mnie zatrzymało. Myślę inaczej.
Paweł Maślona zbudował własną bohaterkę.
Bo jeśli bohaterce dodajemy inną świadomość własnej sytuacji, współczesny język emancypacji, nowe aspiracje, inne motywacje i znacznie większą podmiotowość, możemy stworzyć bardzo interesującą współczesną postać.
Ale jestem pewna, że nie wydobyliśmy „prawdziwej” Izabeli ukrytej gdzieś pod powierzchnią powieści.
Może po prostu napisaliśmy nową bohaterkę.
I nie byłoby w tym nic złego.
Tylko warto to nazwać.
Podobnie interesuje mnie Tomasz Łęcki opisany przez Darka jako „typowy polski ojciec”: pozory, wódeczka, brak prawdziwej relacji z córką.
Rozumiem ten trop.
Tylko że właśnie tutaj wraca moje pytanie: po co w takim razie XIX wiek?
XIX wiek czy dziewiętnastowieczny kostium?
Czym innym jest patrzenie na XIX wiek oczami człowieka XXI wieku.
To robimy zawsze. Nie umiemy zdjąć własnej świadomości i na kilka godzin stać się ludźmi z roku 1878.
Czym innym jest jednak wyposażyć dziewiętnastowiecznych bohaterów w nasze sposoby nazywania własnej sytuacji, relacji, płci, klasowości i tożsamości, a następnie pozostawić im kostium, powóz, salon i świecznik.
Jeśli epoka nie ogranicza sposobu myślenia postaci, ich języka i granic możliwego zachowania, zaczynam pytać, czy jest jeszcze rzeczywistością przedstawioną.
Czy może stała się efektowną scenografią do historii napisanej w 2026 roku?
Darek widzi w tym uniwersalność.
Ja widzę w tym również ahistoryczność. XIX wiek zaczyna pełnić funkcję atrakcyjnego opakowania dla opowieści całkowicie współczesnej. Być może marketingowo to znakomity pomysł. Artystycznie – już nie jestem tego pewna.
Nie wiem, czy gdyby Prus żył dzisiaj, pisałby jeszcze ostrzej. Nie wie tego także Darek.
Wiemy natomiast, jak pisał Prus, którego dzieło rzeczywiście istnieje: widział rzeczywistość złożoną, budował postaci z przeciwieństw i bardzo niechętnie udzielał prostych odpowiedzi.
Możemy bardzo dokładnie zobaczyć, jak budował „Lalkę”: jak konstruował bohaterów, napięcia, ironię, erotykę, społeczeństwo i sensy.
I z tym konkretnym dziełem warto rozmawiać.
Prus znał brud
Jednym z argumentów obrońców serialu jest często przekonanie, że Maślona wyciąga „Lalkę” z bezpiecznego szkolnego pudełka. Pokazuje seks, brutalność, fizjologię, alkohol, narkotyki, przemoc.
Tylko że Prus wcale nie pisał o świecie czystym.
Znał biedę.
Znał prostytucję.
Znał cynizm, egoizm, lichwę, wyzysk, upokorzenie, seksualne pragnienia, rozpacz.
Nie trzeba Prusa „brudzić”, żeby pokazać, że życie nie było salonem z porcelanową filiżanką.
I chyba właśnie tutaj leży mój najbardziej osobisty zarzut wobec serialu.
Mam poczucie, że zbrukano niemal wszystko, co u Prusa piękne.
Nie dlatego, że Prus stworzył piękny świat.
Stworzył świat bardzo brudny.
Ale nie uznał brudu za całą prawdę o człowieku.
Obok niego zostawił czułość.
Lojalność.
Dyskrecję.
Bezinteresowność.
Przyjaźń.
Melancholię.
Idealizm.
Marzenie o nauce.
Pragnienie sensownego działania.
Godność człowieka słabego, śmiesznego, przegranego.
I ogromną zdolność patrzenia na człowieka jednocześnie z ironią i współczuciem.
Tego najbardziej brakuje mi u Maślony.
Nie brakuje mi u niego elegancji. Brakuje mi zgody na to, że człowiek może być jednocześnie podły i dobry, śmieszny i godny, ordynarny i piękny.
Kiedy wszystko jest mocne, nic nie jest mocne
- Nie przeszkadzają mi przekleństwa.
- Nie przeszkadza mi seks.
- Nie przeszkadza brutalność.
- Nie przeszkadza mi fizjologia.
Wszystkie te środki mogą być artystycznie znakomite.
Tylko muszą coś znaczyć.
Wulgaryzm jest mocny, kiedy pokazuje przekroczenie granicy, utratę kontroli, skrajne napięcie, zmianę rejestru.
Jeżeli staje się niemal stałym sposobem mówienia – przestaje znaczyć.
Brutalność może być kulminacją.
Jeżeli co pewien czas trzeba uderzyć widza kolejnym mocnym obrazem – zaczyna być ornamentem.
Seks może odsłaniać bohatera.
Nie każda scena erotyczna odsłania go głębiej.
Narkotyki, alkohol, fizjologia, krzyk, przekleństwo, przemoc, groteska – jeśli wszystko naraz ma być „mocne”, z czasem nic już nie może naprawdę wybrzmieć mocniej.
Rozpad języka czy maniera?
I tu wracam do zdania Darka o rozpadzie języka, więzi i kulturowej tożsamości.
To jest chyba najmocniejszy argument w obronie Maślony.
Może ta wulgarność naprawdę ma być częścią obrazu rozpadającego się świata.
Może język także ma się rozpadać.
Tylko wtedy chciałabym zobaczyć, że ten rozpad jest konsekwentnie budowany.
Że język zmienia się wraz z sytuacją.
Że przekroczenie normy coś znaczy.
Że brutalizacja prowadzi do jakiejś kulminacji.
Inaczej pozostaje pytanie, czy to rzeczywiście system znaczeń, czy raczej maniera stylistyczna, której znaczenie dopisujemy już po seansie.
W wykorzystaniu tych zabiegów przez reżysera widzę raczej ubóstwo myśli i języka niż rozpad świata. Dobrze znam takich, którzy na wszystko potrafią zareagować jedynie pełnym wulgaryzmów językiem, chamstwem w zachowaniu, przemocą w osiąganiu celów. Ich obrzydliwy język nie wynika wcale z intencji. Po prostu inaczej nie potrafią.
Obok nich żyją jednak ludzie, którzy potrafią nadać swoim myślom formę precyzyjną.
Wulgarny język nie wyklucza dobra
Wychował mnie człowiek, który wcale nie unikał emocji, który potrafił kląć przez dziesięć minut bez przerwy i ani jednego wyrazu nie powtórzyć. A jednak był to piękny człowiek. Gotów zdjąć z grzbietu ostatnią koszulę, kiedy inny potrzebował jej bardziej. Mimo wulgarnego języka emocji miał w sobie dużo dobra.
U bohaterów Pawła Maślony próżno mi szukać takich połączeń.
Gwałtowność to jeszcze nie dynamika
Mam podobny problem z narracją.
Serial bywa gwałtowny, szybki, szokujący, rozbuchany.
A jednocześnie potrafi się dłużyć.
I to pozorny paradoks.
Dynamika pojedynczej sceny nie jest tym samym co dynamika narracji.
Można krzyczeć, bić się, uprawiać seks, przeklinać, zmieniać konwencje, przyspieszać montaż i nadal prowadzić historię nierówno.
W „Lalce” wielokrotnie miałam wrażenie rytmu:
zastój – mocny efekt – zastój – kolejny mocny efekt.
Intensywność obrazu nie zastępuje rozwoju napięcia wynikającego z relacji, konfliktu czy przemiany bohatera.
I właśnie tu najbardziej przeszkadza mi efektowność serialu.
Bo bywa imponująca.
Tylko że efektowność i narracyjna precyzja to dwie różne rzeczy.
Co Maślonie się udało
Byłoby nieuczciwe udawać, że niczego w tym serialu nie cenię.
Maślona podjął ryzyko.
Nie zrobił ekranizacji muzealnej.
Stworzył własny język wizualny. Zaangażował znakomitych aktorów. Serial ma rozmach. Bywa świetnie sfotografowany i znakomicie wykorzystuje muzykę. Niektóre kadry zostają w pamięci, muzyka potrafi prowadzić scenę, a obsada daje Maślonie możliwości, których scenariusz nie zawsze wykorzystuje.
Serial potrafi zaskoczyć. Jest nieprzewidywalny właśnie dlatego, że znajomość powieści nie gwarantuje znajomości następnej sceny.
Cenię też sam fakt, że „Lalka” znowu stała się przedmiotem wielkiej rozmowy.
Jeżeli ktoś po serialu pierwszy raz od wielu lat sięgnie po Prusa – świetnie.
Jeżeli młody człowiek obejrzy „Lalkę” Maślony i zechce sprawdzić, kim naprawdę był Rzecki – jeszcze lepiej.
Jeżeli serial sprowokuje rozmowę o klasie, sytuacji kobiet, pieniądzu, awansie, przemocy symbolicznej – także dobrze.
Dostrzegam również próbę przywrócenia podmiotowości postaciom kobiecym i wydobycia tych, które w tradycyjnych odczytaniach pozostawały na dalszym planie.
Tylko że możliwość sprowokowania ciekawej rozmowy jest zaletą recepcji dzieła.
Nie rozstrzyga jeszcze, czy wszystkie zastosowane w nim rozwiązania są dobre.
Prus pyta. Maślona częściej odpowiada
I tutaj dochodzę do różnicy, która wydaje mi się zasadnicza.
Prus dzięki historii Wokulskiego i Izabeli otwiera ogromny wachlarz pytań.
- Co społeczeństwo robi z ludźmi takimi jak Wokulski i Ochocki?
- Dlaczego nie potrafi wykorzystać ich energii?
- Czy romantyczny idealizm ma jeszcze sens?
- Czy pozytywistyczna praca może naprawdę coś zmienić?
- Czy nauka daje człowiekowi możliwość przekroczenia ograniczeń?
- Co może pieniądz?
- Czy można przekroczyć klasę?
- Czy miłość Wokulskiego jest wielkim uczuciem, obsesją, romantycznym złudzeniem, potrzebą awansu, próbą przekroczenia własnej kondycji?
- Czy Izabela jest egoistką, ofiarą własnej klasy, produktem wychowania, kimś odpowiedzialnym za swoje wybory?
- Co czyni życie użytecznym?
- Czy człowieka da się w ogóle jednoznacznie ocenić?
Maślona wybiera z tej ogromnej materii pytania bliskie współczesności:
- o klasę,
- status,
- płeć,
- władzę,
- pieniądz,
- pożądanie,
- uprzywilejowanie,
- projekcję,
- instrumentalne używanie drugiego człowieka.
To są ważne pytania.
Tylko że są węższe.
I przede wszystkim mam wrażenie, że Prus częściej pyta, a Maślona częściej zna odpowiedź.
Prus pozwala sprzecznym odpowiedziom istnieć jednocześnie.
Maślona częściej wybiera klucz interpretacyjny i według niego organizuje bohatera.
Dla mnie właśnie tutaj następuje największa strata.
Bo wieloznaczność u Prusa nie jest ozdobą.
Jest metodą poznawania człowieka.
A co z tytułem?
Moja najpoważniejsza pretensja.
Skoro Maślona chce mieć pełne prawo do własnej fabuły, własnych motywacji bohaterów, własnego języka, własnych pytań, własnej diagnozy, własnego zakończenia i własnego XIX wieku – dlaczego chce jednocześnie korzystać z pełnej siły identyfikacyjnej tytułu „Lalka”?
Nie twierdzę, że nie wolno mu tak nazwać serialu.
Pytam o odpowiedzialność tego wyboru.
Bo tytuł nie jest niewinną etykietą.
Nazwa „Lalka” niesie ze sobą Prusa, kanon, szkołę, wcześniejsze ekranizacje, bohaterów, społeczną znajomość dzieła i ogromny kapitał kulturowy.
I tu pojawia się pewien paradoks.
Chcemy jednocześnie mówić:
„To jest Lalka”.
A gdy pojawia się zarzut odejścia od Prusa:
„Ale przecież to tylko autorska reinterpretacja”.
Oczywiście, że reinterpretacja.
Tylko im dalej odchodzimy od pierwowzoru, tym bardziej uzasadnione staje się pytanie, czy odbiorca otrzymuje dostatecznie wyraźny sygnał, że obcuje z dziełem autonomicznym, zbudowanym z elementów powieści.
I tak, myślę także o uczniach
Darek żartuje z obaw, że po serialu posypią się błędy kardynalne na maturze.
Rozumiem ten żart. I dołączam do grona tych, którzy marzą, aby serial Netfliksa spowodował zmianę kryteriów oceniania matury.
Mam oczywiście nadzieję, że nowa polonistyka odejdzie jak najdalej od sprawdzania, czy uczeń pamięta kolor zasłony albo nazwisko postaci, która pojawiła się na trzech stronach.
Literatura ma służyć myśleniu, a nie konkursowi pamięci.
Tyle że problem z serialową „Lalką” nie dotyczy koloru zasłon.
- Uczeń może pomylić relacje.
- Motywacje.
- Losy bohaterów.
- Ich konstrukcję.
- Sens wydarzeń.
- Może przypisać Prusowi scenę napisaną przez scenarzystów Maślony.
I nie dlatego, że jest głupi albo nieuważny.
Dlatego, że serial bardzo świadomie miesza dwa światy: zachowuje XIX wiek, nazwiska, część fabuły i relacji, a jednocześnie radykalnie zmienia ich znaczenia.
Czy serial ma przygotowywać kogokolwiek do matury?
Oczywiście, że nie.
Czy twórca powinien być świadomy, że przejmuje tytuł jednej z najważniejszych lektur obowiązkowych i trafia również do odbiorcy szkolnego?
Myślę, że warto o to pytać.
Zwłaszcza że na egzaminie filmowa reinterpretacja i powieść Prusa nie są tekstami wymiennymi.
I tu znów nie chodzi mi o ograniczanie wolności.
Chodzi o świadomość konsekwencji.
Pewnie klaskałabym z uciechy, gdybym oglądała „Wariacje na temat Lalki”, „Dzisiejszą Lalkę”, „Lalkę według Pawła Maślony”.
Kiedy jednak oglądam dzieło zatytułowane po prostu „Lalka”, mam prawo oceniać je także w relacji z sensem i głębią powieści, której tytuł przejmuje.
Twórcy wolno wszystko
I właśnie dlatego po przeczytaniu tekstu Darka jeszcze mocniej utwierdziłam się w jednym.
Nie chcę odbierać Maślonie ani milimetra jego artystycznej wolności.
Nie chcę Polski, w której są książki tak święte, że wolno je wyłącznie grzecznie ilustrować.
Nie przeszkadza mi profanacja, jeśli prowadzi do czegoś ważnego.
Nie przeszkadza mi dekonstrukcja, jeśli pozwala zobaczyć więcej.
Nie przeszkadza mi brutalność, jeżeli odsłania prawdę o człowieku.
Nie przeszkadza mi wulgaryzm, jeśli ma swoją funkcję.
Nie przeszkadza mi współczesne czytanie klasyki.
Przeszkadza mi dopiero moment, w którym wyostrzenie zastępuje głębię, brutalność – znaczenie, współczesność – historyczność, a jednoznaczna diagnoza – pytanie.
Może dlatego tak inaczej niż Darek patrzę na tę „Lalkę”.
On widzi przede wszystkim odważne rozbijanie skostniałych wyobrażeń.
Ja patrzę również na to, co po tym rozbiciu zostało utracone.
I wracam do pytania, które wydaje mi się ważniejsze niż wszystkie spory o to, czy Maślonie „wolno było”:
czy zburzywszy tak wiele z Prusa, zbudował w zamian świat równie bogaty w pytania, sprzeczności i ludzi, których nie da się zamknąć w jednym zdaniu?
Twórcy wolno wszystko.
Widz może wszystko oceniać.
I właśnie z tego prawa korzystam.





